niedziela, 21 października 2012

music festival forever


Lina mocno ściska mnie w pasie, zabiera z płuc połowę powietrza. Pomimo rękawiczek dłonie są skostniałe, coraz mniej odporne na ból, coraz trudniej zaleźć im szczelinę, na której można podciągnąć się wyżej.
Jest lipiec, w wysokich górach leży śnieg. Wspinam się z Tobą w parze, jesteś dziś moim mentorem. Kilkaset metrów wyżej, sześć oddechów mniej, zaczyna sypać śnieg. Widzę dokładnie pojedyncze płatki śniegu, nagle łatwiej mi oddychać. Śnieg zaczyna spadać coraz szybciej, kolorowe liny zlewają się z pozostałymi wspinaczami, teraz istnieją jako wielobarwne smugi. Cisza. Uspokajasz mnie wzrokiem, kiedy zza kurtyny bólu wyłania się śmigło helikoptera.

***

Kilka miesięcy później grasz w zespole. Twoje występy są brawurowe, Twój widok wzbudza podziw. Twoim poczynaniom zawsze towarzyszy zespół tancerzy w białych uniformach. Przecież to tanie efekciarstwo, dlaczego uparcie tkwisz nieruchomo pośród nich? Twoja muzyka jest pełna ciszy. Spojrzeniem dopowiadasz historie, na które nie ma słów – nikt jeszcze nie wymyślił jak wypowiedzieć ból, który odczuwasz.
Twój zespół ma niesmaowitą nazwę. Tylko Ty mogłaś taką wymyślić . Zawsze musisz być oryginalna. Wyświetlam pod powiekami setki artykułów, nawet zagranicznych. Zespół Zamknięcia.

***

Kiedy rozpętała się burza, zrobiło się ciemno. Źle umocowana lina nie wytrzymuje ciężaru dwóch osób. Najpierw spada Twój kask, potem spada moje ciało; nie wiem kiedy znajdujesz się pode mną, lądujemy w białym puchu. Cisza. Jest sierpień. Od tego momentu komunikujesz się z nami tylko wzrokiem.

***
o zespole

niedziela, 16 września 2012


z zamyślenia wyrywa mnie rzeczowe pytanie M. 
- nie uważasz, że te piersi są ładne?
oburzam się. rozumiem, że emancypacja, równouprawnienie, wolność i feminizm; ale co jak co - z takimi uwagami wprost, bez wahania i to na dodatek w sklepie przy obcych, co gorsza do mnie! nie! kiedy kończę swoją tyradę zauważam, że stoimy na stoisku mięsnym, a przede mną widnieją piersi. kurze.

sobota, 1 września 2012

dziś pada, więc dziś tylko Jeanette Winterson:

"Uleczająca siła sztuki nie jest retoryczną fantazją. Język stał się moją sprawnością i moją siłą, gdy walczyłam o jego zachowanie. Wciąż tym jest i nie znam bólu, którego sztuka nie może złagodzić. Dla niektórych muzyka, dla innych obrazy, dla mnie, przede wszystkim, poezja, znajdowana w wierszach lub w prozie, tnie przez hałas i ból, otwiera ranę, aby ją oczyścić, i stopniowo uczy ją, jak się wyleczyć. Należy uczyć rany umiejętności samowyleczenia."

czwartek, 30 sierpnia 2012

Nieoczekiwana zamiana miejsc

Woreczek z magnezją przytroczony do paska wysypałam sobie na twarz, całkowicie. Źle zawiązałam linę. Nie dokręciłam karabińczyka. Źle wchodzą ekspresy. Słońce jakoś dziwnie gorące. Na wysokości 3,5 metra z niepokojem skonstatowałam, że.
Jadę głową w dół. Magnezja na twarzy, całkowicie.

piątek, 24 sierpnia 2012

lepmy pierogi


Upał ogłusza, sierpień rozleniwia, kokietuje zanim zamieni się w kapryśny wrzesień. Lepki sierpniowy gorąc kojarzy mi się z parującą misą pierogów, które babcia podawała pod wiśnią, tą w rogu ogrodu albo stawiała obok mnie na parapecie, pośród bluszczu. Pamiętam klisze, obrazy, mini-scenki: spadam z drabiny i tłukę kolano, dzieciak sąsiadów podtapia mnie w baseniku, babcia tłumaczy mi jak się robi kompot; zawsze jest gorąco, zawsze podaje pierogi, ulepione chwilę temu. Ruskie, z kapustą, z mięsem, i te z borówkami, które pływają w śmietanie, i te z truskawkami, które miały być robaczywe.

Więc teraz ja, mimo upału siekam, podsmażam, zagniatam,  podsypuję mąką, rozwałkowuję, wykrawam. Lepię. I w tym lepieniu odzywają się we mnie wszystkie babcie, prababcie, pramatki. W lepieniu staję się kobietami, które były  i które dopiero będą.  Nie ma już bluszczu, ani wiśni w rogu ogrodu, a mimo to lepię. Wyobrażam sobie te wszystkie kobiety z mojej rodziny, które od wieków tak samo zagniatały i wykrawały, głowiąc się wcześniej czy lepiej będzie na słodko czy  wytrawnie. Z kefirem czy kompotem z rabarbaru? Może któreś z dzieci podjadało jej farsz albo roztargniony mąż dopraszał się o mięso, zapominając, że to piątek. Upał wszystkich rozleniwiał, a później zasypiali, w cieniu, na kanapie, na hamaku, na zakurzonym strychu, w kuchni przy piecu. Rozanieleni, nieświadomi.

czwartek, 23 sierpnia 2012

A Ty co robisz, żeby spełnić swoje marzenia?


Przepracowanie sięga zenitu, wyłączam się, przegrzewam. Wystąpił błąd podczas pracy systemu. Łkam. Nad ranem wsiadamy do auta, śpiewamy godzinki.  Później przeczytam, że tak samo o porankach podróżuje Stasiuk, wspominając dziadków i prababcie w rytm uwielbień Maryi.  Ale to będzie później, na razie jedziemy, słońce wschodzi.

O tym, że wyprawy na ośmiotysięczniki zaczynają się lata wcześniej mówi się rzadko, prawie wcale. Musisz zainwestować  wiele kroków, zanim wykonasz ten pierwszy na Górę Właściwą. Z pokorą, od paru dni pokonuję codzienne 10 kilometrów, notuję tętno, odhaczam punkty w planie treningowym. Dziś, po cudownym poranku, nadejdzie czas na pierwszy marsz z plecakiem. Zachichoczę, kiedy  w schronisku zobaczę pełne uznania miny bywalców. Pewnie pomyślą, że jestem super ważną personą, a ja w plecaku mam książki, mnóstwo książek. Po drodze będę klęła na własne pomysły, upór; z każdym krokiem coraz bardziej chcąc zawrócić. Z wysiłku w upale zwymiotuję parę razy, przed wyrzuceniem książek z plecaka powstrzyma mnie świadomość, że są tam słowniki literatury i najlepsze wydania BN z mojego księgozbioru.  Kiedy wyjdę na samą górę przeskoczę na wyższy etap rozwoju. Zmęczona, z opuchniętym kolanem, przepocona i zarzygana.  Brudna i czerwona z wysiłku. Ze złości na własną niemoc, przypomni mi się, że ze mnie zawsze wszyscy się śmiali. Śmiali się kiedy uczyłam się łaciny w ‘humanie’ i kiedy na maturze mówiłam o literackości u Wajdy. Śmiali się kiedy chciałam zdawać na polonistykę i wtedy, kiedy na nią się dostałam. Śmiali się, kiedy podczas każdej sesji wznosiłam modły do wszystkich znanych mi bóstw, żeby jednak mnie nie wyrzucili. Śmiali się też wtedy, gdy powtarzałam rok.  Śmiali się kiedy usłyszeli temat mojego licencjatu. Śmiali się kiedy, całkiem niedawno, kupiłam rolki i zaczęłam na nich jeździć. Śmieją się, kiedy mówię o rekrutacji na służbę w policji. Będą się śmiali z tysiąca innych rzeczy. Z tej złości na następny trening postanowię wziąć cięższy plecak.

Ale to będzie za kilka godzin, na razie jadę. Pod pół przymkniętymi powiekami wyświetlam projekty na przyszłość, sklejam nowe słowa. Wschodzi słońce, radio informuje o kolejnych zabitych, rannych i nowy konflikcie zbrojnym w państwie X.  Zagłuszam wiadomości czytając na głos „Codzienny trening alpinisty”.  

A ty co robisz, żeby spełnić swoje marzenia?

czwartek, 24 maja 2012

po.


Pani Basia po wypadku straciła pamięć. 
Od tamtego momentu istniała dla niej tylko powypadkowa rzeczywistość, nie było żadnego PRZED. Czasami, zdarzało się, że zasypiała na długo - wtedy nie było, żadnego PO. Równie dobrze mogła pochodzić z nicości. A zawsze tak chętnie wspominała smutną, zabitą dechami wieś pod Tarnowem, dzieciństwo podczas wojny. Z pewną nostalgią mówiła o tym, że gdyby nie komuna to pasłaby krowy. Bądźmy jednak szczerzy - Pani Basia właśnie do tego się nadawała.
Najpierw Niemcy oszukiwali dzieci pisząc na świadectwach "sehr gut" klasowym głupkom. Później komuniści, wyrżnąwszy w pień resztki inteligencji, spotworzyli nowotwór - chłoporobotnika. Pani Basia była jedną z wielu ich ofiar. Ale czy to jej wina, że nie urodziła się paręnaście lat wcześniej, z szansą pozostania w "prostym wiejskim ludzie"?

sobota, 12 maja 2012

transgresje


Ukochany Janki umiera w Paryżu, poświęciwszy swoje życie pracy. Nie mógł skończyć inaczej - już pierwszy jego opis sugerował, że nosi w sobie pierwiastek śmierci. Zdążył jeszcze "obudzić" filisterkę z moralnej lodowni, sprowokować ją do działania, nauczyć pracy.
Po jego pogrzebie, Janka kładzie się na jego grobie, skąd zabierają do zakładu dla obłąkanych Saint - Anne. Tam znajduje ją ojciec, ogłasza w kraju, że córka oszalała. Kiedy dziewczyna wraca do rodzinnego domu, zostaje zamknięta w klaustrofobicznym pokoju, obitym materacami domowej roboty. Wraca napiętnowana, staje się podwójnie Inna - tym samym jeszcze mocniej wykluczona. Nikt nie sili się na zrozumienie jej zachowania.  Żyjąc w zamknięciu, ma kontakt jedynie z prostym służącym. Ten, traktuje ją jak istotę magiczną - jako jedyny nie odrzuca jej. Dzięki jego towarzystwu Janka uświadamia sobie  relatywizm moralny mieszczaństwa, skostniałość ojcowskich obyczajów. Przebywając w swoim więzieniu staje sie zupełnie odmieniona, ponieważ

 „(...) kobieta nie odżałowuje i stąd bierze się jej ból! Kiedy się odżałowało, po roku koniec – już się nie cierpi. Kobieta nie żałuje! Z gruntu odsłania wyzwanie, jakie zawiera się w utracie, w tym, że żyje dalej: żyje nią, daje jej życie, zdolna do utraty, której się nie zaoszczędza.”*

Żałoba motywuje Jankę do stworzenia swojego kodeksu moralnego. Po śmierci ojca, wychodzi całkowicie z zamknięcia - zarówno dosłownego, jak i metaforycznego. Tkwi w niej chęc dorównania moralnego zmarłemu kochankowi. Wyznacza sobie jasne i proste cele: odmianę zacznie od siostry.

Zapolska łamie męski fantazmat herosa. W schematycznej powieści -  mężczyzna musi pozbyć się kobiety, rozumianej jako ciężar i preszkoda w realizowaniu heroicznego planu - vide "Ludzie bezdomni". Tutaj, to Kuniewicz umiera, a misja przypada kobiecie. Co więcej - w swojej pracy Jan nieustajaco podkreślał, że jest ona przyczyna jego powolnego umierania. Janka - przeciwnie - staje się afirmacją życie. Na swojej tragedii buduje nadzieję.

* Cixous H. Le sexe ou la  tête. „Les Cachiers du Grif” 1992, n 15 [za:] Kłosińska K. Praca żałoby [w:] tejże, Miniatury. Czytanie i pisanie kobiece, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego; Katowice 2006; s. 20. 

piątek, 11 maja 2012

zapożyczenia.


ojczyzna - polszczyzna, Wydział Polonistyki UJ. Wszyscy hiperpoprawni, nie odpowiadają na mejle zaczynające się od 'witam', czytają tylko dobrą literaturą biorą udział w panelach dyskusyjnych na Festiwalu Błońskiego, mówią czystą nieskażoną niczym polszczyzną. 
Prawdopodobnie plakaty informujące o western party z welcome drinkiem do 23.00 to akcja dywersyjna. Pewnie rządu.

środa, 18 kwietnia 2012

pamięć

Jak silny jest człowiek, że w ciągu życia umiera kilkaset razy, a jego serce bije nadal? W świecie po traumie bardzo ciężko jest złapać oddech, uwierzyć od nowa. Trzeba odbudować nadzieję u człowieka, który tę nadzieję stracił już na początku. Żmudnie odbudowywany świat ludzki na podstawie drobnego gestu, świat pochodzący z wnętrza upodlonego człowieka. Jak głęboko trzeba sięgnąć, żeby ukoić pamięć o bólu?

środa, 11 kwietnia 2012

błąd,

Na zakopanie się w pościeli mam tylko trzy godziny, w założeniu mam później wyskoczyć rześka i wypoczęta w nowy dzień pracy. Poniedziałek. W rzeczywistości budzę się nad którąś-z-kolei mocną kawą, w trakcie doczytywania porannej prasy. Zajęcia. Napisz. Czytaj. Konferencja. Proszę Pani, te teksty wymagają dopracowania (w myślach żegnam się z kołdrą). Telefon - Kochanie odbierz i kup. Tłumaczenie. Praca. Co już jest środa?! A gdzie reszta tygodnia, oddawajcie, mruczę z pretensją nad prasowaniem. Gdzieś koło ucha szczeka pies. Jedzenie, o jedzenie, Olga, dawno nie jadłaś, ale nagle słyszę życzliwe zrób to na już, robię już. Nagle kończy się weekend. Poniedziałkowy makijaż, kolejna kawa.

Error. Czuję jak z obwodu wybada mi śrubka, przewody się przegrzewają.

sobota, 31 marca 2012

zeszyt rymów


choć nie mam historii osiedlowej na smutną nutę
mam w sobie, rzeknę, młodzieńczą butę
zeszyt rymów po brzegi pełny
zeszyt uczuć zamienionych w litery
nie biorę udziału w jednego wiersza turniejach
moim marzeniem jest być jak Peja
mistrzem fristajlu zostanę być może
i będą tańczyły obok mnie dziewczęta hoże
mistrzem w rymowaniu, tak mówię
a wy kliknijcie 'to lubię'

sobota, 17 marca 2012

nic tak ohydnie nie szczeka jak sfora moich rodaków


W 1891 pisała: "nic tak ohydnie nie szczeka jak sfora moich rodaków."

Gabriela Zapolska w 1889 wyjechała do Francji. Opuściła Polskę skompromitowana jako aktorka (krytycy załamani byli "monotonią jej głosu"), skompromitowana jako pisarka (oskarżona o plagiat w Małaszce, dotknęła tabu na temat cielesności kobiet i wykorzystywania młodych służących w Kaśce Kariatydzie), w końcu - skompromitowana jako kobieta (umarło jej dziecko, rozwiodła się, zmieniła nazwisko, bo wyrzekła się jej rodzina, miała za sobą próbę samobójczą.) Rodacy zmieszali ją z błotem jako moralnie zgniłą, środowiska artystyczne nie doceniły i odrzuciły; w listach z Paryża będzie obsesyjnie powtarzała zdanie "za co mnie tak sponiewierano?" Jej stosunki do ojczyzny były ambiwalentne: chciała wrócić, pozbyć się poczucia bezdomności, przestać być jak "wygnane szczenię" i jednocześnie jak litanię powtarzała: "Boże, uchroń mnie od powrotu!" Wraca do kraju w 1895. Jej powrót to triumf: autorka Menażerii ludzkiej, kilku powieści, felietonistka i korespondentka paryska, aktorka Théâtre Libre Antoine'a oraz konkurencyjnych do niego scen nienaturalistycznych.

Paryż był jej potrzebny - mógł zmyć piętno potworności i ekscesu. Rozluźniwszy kontakty z polską emigracją, mogła pozwolić sobie na wnikliwe poznanie środowisk artystycznych. Poza granicami stała się Ja, które wybierało i konstruowało siebie; stała się podmiotem, który przezwyciężył kryzys konieczności przynależności z urodzenia. Rok przed wyjazdem z Francji pisała:
" Przez cztery lata tutaj nauczyłam się czuć, myśleć, patrzeć na świat, sztukę, ewolucję społeczną, dążenia i cel istnienia, słowem, stałam się człowiekiem! Czym byłam poprzednio? Maszyną bezrozumną, podaną woli wiatrów i woli moich wydawców".

poniedziałek, 13 lutego 2012

Między gotowaniem obiadu, prasowaniem i robieniem zakupów, Rodzicielka zawsze znajdzie czas, żeby sprawdzić pocztę (przeszukać allegro, poczytać plotki, pograć w motyle kyodai, odpowiednie wpisać.)
I tak ryż do pomidorowej robi wesołe umpa umpa, sama pomidorowa jest jeszcze przecierem, a Wielka Matka oddaje się tworzeniu symfonii kliknięć.
- Słuchaj - kliknięcie - a o czym ty właściwie - seria kliknięć - piszesz - kliknięcie - w tej pracy?
No tak. Przecież każdy wie, że z dzieckiem, nawet dorosłym, trzeba rozmawiać.
Kliknięcie.
- Wiesz, o tym jak Zapolska...- kliknięcie, cisza, seria kliknięć.
Aha, gra w motyle. Będzie ciężko wbić się na jej częstotliwość. Właściwie - mogę mówić cokolwiek. Jednak jeszcze nie daje się zwieść.
- No, no. Przecież cię słucham. - kliknięcie.
- Za pomocą języka kreujemy naszą rzeczywistość - rozwijam skrzydła zapaleńca najróżniejszych zagadnień teoretyczno-literackich.
- Tak, tak.
- I widzisz - brnę dalej przez kliknięcia - Ona tam opowiada historię kobiety, która miała tak dużo dzieci, że je zjadała. Z nienawiści.
Nic. Zero refleksji
- A w finale służąca, która ma romans z mężem, robi z niej gulasz i zjadają ją na kolację.
Znowu cisza. Kliknięcia.
- A twoja najmłodsza córka wyleciała ze szkoły.
- No. - Klikanie ustaje.
Cisza.
Nadal Cisza.
- Co?!

Cel osiągnięty. Pomidorowa staje się realnym bytem.
(dobre kontakty córek z matkami, natomiast, pozostają w sferze mitycznej)

niedziela, 12 lutego 2012

Najmłodsza Siostra nocami sprawdza jak bardzo jestem prawdziwa (w ramach konsekwencji - ciągnie za sobą Średnią, w pakiecie z ulubioną poduszką i kołdrą gratis.) Budzę się w środku nocy, w plątaninie siedemnastoletnich nóg, osiemnastoletnich niespokojnych snów. Jest trochę niewygodnie, bardzo bezpiecznie.
Najmłodsza przez sen splata nasze dłonie.
Śródnocna lekcja: magiczne rodzinne zaklęcia a konieczność przemijania.

czwartek, 9 lutego 2012

przed mrozem chowam się w Twoich objęciach. Wciskam się pod obojczyk, otulam rudością. jest bezpiecznie, kiedy szepczesz mi do ucha magiczne zaklęcia - poezję. Twoje usta smakują dziś miękko i wytrawnie, biało.

poniedziałek, 6 lutego 2012

znowu zajęte, zajęczę ci do słuchawki. nie usłyszysz jak dyszę - odrzucona linia połączeń oczekujących; to tu,  między ustami a brzegiem komórki, liżę ciszę.

niedziela, 5 lutego 2012

On.

jestem tak słaba i zeszkieleciała, że nie mam siły iść. Bierze mnie na ręce, oplatam Mu się wokół szyi. W ten prosty sposób, nagle nie mam dwudziestuparu, tylko pięć.
- tata, a jak dorosnę, to też będziesz mnie tak nosił? - chucham mu w ucho.

Nie odpowiada. Za to Jego uścisk niedźwiedzieje, dodaje otuchy.

wtorek, 24 stycznia 2012

tyle razy ktoś w nie płakał, tyle razy ktoś je porzucał, tyle razy przytulał, że czasami nie ma serca nawet na nią spojrzeć.
mówi mi, że książki z biblioteki są jak cudze kobiety.


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Spotykam go w pół słowa, na Brackiej. Stary poeta i młoda studentka, częsty widok. Konwenans, ukłon, 'proszę pana'. Chwilowy lament nad upadkiem sztuki; nad krótkością spódniczek dziewcząt (i co za tym idzie - krótkością rozumu). 


‎- Bo, widzi pan, w tym parku przy AWFie chodzą ekshibicjoniści i pokazują cuda.
- Jakie cuda?
- Przeróżne.
- W zimie też?
- Zimą nawet bardziej. Tylko mniej ekspresyjnie





środa, 18 stycznia 2012


dekonstruuję sobie świat. chciałabym przeskoczyć Formę, a nie mogę. wyrwać się z Formy, zostawić treść. a Forma nie odpuszcza i goni. I ściga, i goni Gombrowiczem, i wciska w wymuszone interpretacje.
 Natłok sensów, niedobór znaczeń.

wtorek, 3 stycznia 2012

raz po raz czytam: Die Zustellung Ihrer Bestellung erfolgt gewöhnlich innerhalb von 3 bis 4 Werktagen. (tak czytam żeby się upewnić, że wcale mi się to nie śni. Tak jak to kupowanie biletów na samolot do San Francisco za 50$. Do dziś nie rozumiem jak to się stało, że nie mam ich między paszportem a dowodem osobistym. Były bardzo namacalne.) 

Strasznie się, kurwa cieszę, że jadę na koncert. Całkiem jak mała dziewczynka.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Otworzyłam dziś sąsiadowi drzwi, w bokserkach i w niedopiętej koszuli, przekonana że to Najlepszy Przyjaciel. Speszył się i zaczerwienił, sąsiad biedaczyna, ojciec czwórki dzieci, z piątym w drodze. Zaczerwieniony, zapłoniony, patrzy w wycieraczkę, zapomniał po co przyszedł. Ach, przyniosłeś ciasto, Marku, to miło, mówię dopinając koszulę, wejdź. Za nim jego żona, czujna i zazdrosna, przecież miałam być nieatrakcyjna i zapuszczona, z pogranicza kobiecości. Jesteś szczupła, słyszę jej oskarżycielskie myśli. Wymieniamy wszystkiego najlepszego z okazji Nowego Roku, śmieję się w duchu z tej jej zazdrości.
Wychodzą i jest im lżej, spełnili sąsiedzki obowiązek; wychodzą i jest mi lżej.