Upał ogłusza, sierpień rozleniwia, kokietuje zanim zamieni się w kapryśny wrzesień. Lepki sierpniowy gorąc kojarzy mi się z parującą misą pierogów, które babcia podawała pod wiśnią, tą w rogu ogrodu albo stawiała obok mnie na parapecie, pośród bluszczu. Pamiętam klisze, obrazy, mini-scenki: spadam z drabiny i tłukę kolano, dzieciak sąsiadów podtapia mnie w baseniku, babcia tłumaczy mi jak się robi kompot; zawsze jest gorąco, zawsze podaje pierogi, ulepione chwilę temu. Ruskie, z kapustą, z mięsem, i te z borówkami, które pływają w śmietanie, i te z truskawkami, które miały być robaczywe.
Więc teraz ja, mimo upału siekam, podsmażam, zagniatam, podsypuję mąką, rozwałkowuję, wykrawam. Lepię. I w tym lepieniu odzywają się we mnie wszystkie babcie, prababcie, pramatki. W lepieniu staję się kobietami, które były i które dopiero będą. Nie ma już bluszczu, ani wiśni w rogu ogrodu, a mimo to lepię. Wyobrażam sobie te wszystkie kobiety z mojej rodziny, które od wieków tak samo zagniatały i wykrawały, głowiąc się wcześniej czy lepiej będzie na słodko czy wytrawnie. Z kefirem czy kompotem z rabarbaru? Może któreś z dzieci podjadało jej farsz albo roztargniony mąż dopraszał się o mięso, zapominając, że to piątek. Upał wszystkich rozleniwiał, a później zasypiali, w cieniu, na kanapie, na hamaku, na zakurzonym strychu, w kuchni przy piecu. Rozanieleni, nieświadomi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz