nie mam dziś siły, siły dziś nie mam na grafomanię, względnie na powtarzanie utartych poetyckich schematów. Powtórzmy dziś za Czechowiczem:
zacząłem bać się samego siebie
nie chcę być obcy
dla samego siebie
chcę na zawsze siebie rozumieć
i pożądać Psyche
błagać siebie rozpocząłem we wtorek
błagałem aż do Dziennika
później przestałem błagać
zacząłem płakać
nie poskutkowało
usnąłem i spałem
śniła mi się czerń
nostalgiczna czerń i nic poza nią
a gdy się obudziłem nie było strachu
i nie było Psyche
piątek, 30 grudnia 2011
wtorek, 27 grudnia 2011
Pompatyczne śniadanie, wszyscy wykrochmaleni, wyperfumowani. Pachnie jedzeniem, pachnie sianem i obietnicą zbyt szczegółowych rodzinnych pytań. Gdzieś pomiędzy trzecim plastrem szynki, czwartą dokładką chrzanu, moja Najmłodsza Siostra (klasyczna czarna sukienka) rzuca od niechcenia:
- Wyjdę za mąż za Angelikę – i beztrosko cmoka nad sałatką.
Bo, tu przypis odautorski, Angelika jest wykolczykowana na całej twarzy (to nie żadna przenośnia), z czarną emo grzywą zasłaniającą rzeczoną twarz; aktualnie z kryzysem własnej płci – chce być mężczyzną. Hasło wychodzenia za mąż, nie pozostaje więc nieuzasadnione.
Ojciec Dzieciom stara się nie wypuszczać z rąk kieliszka, Rodzicielka dyskretnie idzie po dokładkę, czegoś, co na pewno jest niezbędne. Prycham w obrus, dziadek zaczyna mówic o polityce.
Święta wracają na normalne tory.
sobota, 24 grudnia 2011
W takie dni myślę o tobie, myślę o tobie najczulej, a powinnam z niechęcią. Myślę o tobie z prostotą, nie ma we mnie żadnej emocji, poza czystym pragnieniem ciebie. Zatracam dynamizm, gubię słowa; myśl mnie już nie wyprzedza - ba, nie mam szans najmniejszych jej dogonić.
Jestem tylko instynktem, chcę miłości. Pożądam.
Jestem tylko instynktem, chcę miłości. Pożądam.
piątek, 23 grudnia 2011
święta wyświetlają się po drugiej stronie powiek, na wzór koszmaru ścigają po nocach obrazami niedopełnionych obowiązków. w półjawie, półśnie dopijam kolejną kawę, boli mnie kark, bo przecież - porządki.
gdzie sens, gdzie logika, gdzie ten duch świąt, co to jako dziecko. w którym momencie przestałam wyczekiwać, a zaczęłam przeczekiwać. tonę w zapachu czekolady i pomarańczy, znowu tęsknię za długimi melancholijnymi ramionami.
prześpijmy zimę, z igliwiem w brzuszku jak rodzina Muminków.
gdzie sens, gdzie logika, gdzie ten duch świąt, co to jako dziecko. w którym momencie przestałam wyczekiwać, a zaczęłam przeczekiwać. tonę w zapachu czekolady i pomarańczy, znowu tęsknię za długimi melancholijnymi ramionami.
prześpijmy zimę, z igliwiem w brzuszku jak rodzina Muminków.
środa, 21 grudnia 2011
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Ostatnie dni – papierosy w nadmiarze, niedomiar snu, brak czasu. Gdzieś zgubiłam pewność siebie – co widać po częstotliwości mejli. Wszystko żeby nie myśleć, oddam wszystko.
Czasem mam wrażenie, że poezja jest bytem niezależnym. za każdym razem kiedy potrzebuję ratunku, posłusznie przychodzi odpowiedni fragment, cytat. łapiemy się w pół słowa, spotykamy w pół drogi (dość często - o północy.) jest jak najlepsza starsza siostra, najlepsza przyjaciółka, jest czymś więcej niż mentor. nic nie jest łatwiejsze, nic nie jest prostsze. zawsze wchłonie wiele łez, wyrazi niewyrażalne, dopowie dosadnie to czego nie mam odwagi nawet pomyśleć. Kiedy czytam - wiem, że Lacan kłamał - wypowiadane myśli, w poezji, nie tracą swojej istoty. Może dlatego poeci są nieczuli, bo zbyt nadwrażliwi? Bo żyje w nich kto inny, być może trochę za nich. Tylko co, do kurwy nędzy, co będzie kiedy ręce odpadną od wierszy?
piątek, 14 października 2011
niedziela, 22 maja 2011
sobota, 30 kwietnia 2011
myśli odklejają się same, bezsilnie patrzę jak płyną z wiatrem, jak chowają się do siatek i kieszeni, bezosobowych ciał mijających mnie codziennie. idźcie, niewierne, służcie jako podstawka do piwa, jako sposób na tani podryw. idźcie do bezrozumnych, im przyda się złudzenie refleksji.
pozwólcie mi nie myśleć co będzie kiedy ręce odpadną od wierszy.
pozwólcie mi nie myśleć co będzie kiedy ręce odpadną od wierszy.
środa, 6 kwietnia 2011
czwartek, 31 marca 2011
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera
z lektur nocnych: stocz ze mną wojnę a będziesz zwycięski
każdego dnia będziesz zwycięski
i każdego dnia pokonany gdy przywołam na pomoc umarłych
to moje ulubione zajęcie przywoływanie zmarłych
i nie znam innego pośród dni moich (...)
każdy mój dzień naznaczony i każdy świt policzony
na zatracenie duszy nigdy nie dowiem sie jak było naprawdę
(przecież zmarli tylko smutno patrzą a
ich dusze proszą o zmiłowanie nas
niewierzących w życie pozaziemskie)
czy chłód jest faktem a dłonie anioła stają się
nieznośnie realne panowanie nad mięsem ciała jak zawsze
niemożliwe
boleśnie wcina się w świadomość
akt śmierci ostatnia konieczna rola
jedyna prawdziwa pośród masek
dziś: umarła przychodzi nieproszona z brakiem miłości
na twarzy której nie ma bo istnieje pozagrobowo
mówię do niej szeptem mówię do niej
najczulej błagam o prawdę żywą
nawet
za stracenie duszy nigdy nie dowiem sie jak było
naprawdę
każdego dnia będziesz zwycięski
i każdego dnia pokonany gdy przywołam na pomoc umarłych
to moje ulubione zajęcie przywoływanie zmarłych
i nie znam innego pośród dni moich (...)
każdy mój dzień naznaczony i każdy świt policzony
na zatracenie duszy nigdy nie dowiem sie jak było naprawdę
(przecież zmarli tylko smutno patrzą a
ich dusze proszą o zmiłowanie nas
niewierzących w życie pozaziemskie)
czy chłód jest faktem a dłonie anioła stają się
nieznośnie realne panowanie nad mięsem ciała jak zawsze
niemożliwe
boleśnie wcina się w świadomość
akt śmierci ostatnia konieczna rola
jedyna prawdziwa pośród masek
dziś: umarła przychodzi nieproszona z brakiem miłości
na twarzy której nie ma bo istnieje pozagrobowo
mówię do niej szeptem mówię do niej
najczulej błagam o prawdę żywą
nawet
za stracenie duszy nigdy nie dowiem sie jak było
naprawdę
piątek, 25 marca 2011
rzutnik wspomnień.
zaczęło się typowo.
bo przecież lepiło się powietrze pchnące bzem, ktoś wplatał palce w moje włosy. na kliszach - lato, słodkie od niedomówień.
całkiem nietypowo, stała się znikąd jesienna aleja, były usta oparte o usta. coraz częściej ktoś gubił palce w moich włosach, zostawiał odciski palców na biodrach. sny pachniały już nie mną, a kimś innym.
po chwili śnieg zlepiał mi powieki, skostniałe palce ogrzewałam w czyichś dłoniach. gubiłam palce na czyichś biodrach, zostawiałam odciski wsród czyichś włosów. robiłam to tak długo, aż zgubiłam je doszczętnie. moje myśli splatały się z czyimiś myślami, teraz wiem że splotły się z tamtym lepkim powietrzem. nie zauważyłam kiedy nie były już moje - a nasze.
klisze pór roku? wiosna. słońce splata moją dłoń z czyjąś dłonią, liże po uszach. moje serce jest teraz czyimś sercem, a czyjeś - moim.
szepczę codzienie komuś do ucha: mam wszystko jestem niczym.
bo przecież lepiło się powietrze pchnące bzem, ktoś wplatał palce w moje włosy. na kliszach - lato, słodkie od niedomówień.
całkiem nietypowo, stała się znikąd jesienna aleja, były usta oparte o usta. coraz częściej ktoś gubił palce w moich włosach, zostawiał odciski palców na biodrach. sny pachniały już nie mną, a kimś innym.
po chwili śnieg zlepiał mi powieki, skostniałe palce ogrzewałam w czyichś dłoniach. gubiłam palce na czyichś biodrach, zostawiałam odciski wsród czyichś włosów. robiłam to tak długo, aż zgubiłam je doszczętnie. moje myśli splatały się z czyimiś myślami, teraz wiem że splotły się z tamtym lepkim powietrzem. nie zauważyłam kiedy nie były już moje - a nasze.
klisze pór roku? wiosna. słońce splata moją dłoń z czyjąś dłonią, liże po uszach. moje serce jest teraz czyimś sercem, a czyjeś - moim.
szepczę codzienie komuś do ucha: mam wszystko jestem niczym.
niedziela, 13 marca 2011
szumne złego początki
kolejny blog z zacięciem pseudoliterackim, pseudofilozoficznym, może docenisz, chociaż nie masz opcji 'lubię to' jak na jednym ze znanych portali.
tanio się sprzedaję internetowo. za bezcen. o czasy.
tanio się sprzedaję internetowo. za bezcen. o czasy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

